Po zwycięskim pojedynku w 1/16 Pucharu polski nad Uniwersytetem Gdańskim apetyt na kolejne zwycięstwa, był niewiarygodny, w  meczach ligowych Constract miał grać na zasadzie efektu domina kolejne zwycięstwa miały być z jednej strony koniecznością, a z drugiej czymś w rodzaju „szybko łatwo i przyjemnie”. Choć trenerzy przestrzegali przed huraoptymizmem, trudno było o pokorę po tak długiej serii bez porażki. Czar jednak prysł w najmniej spodziewanym momencie. W Kartuzach trzeba było przyjąć kubeł zimnej wody na głowę  powiedzieć sobie jasno, że zwycięstwo wymaga zawsze 100% zaangażowania i to jest jedyna droga do zwycięstw.

1/8 Pucharu Polski przyniosła kolejny pojedynek z Ekstraklasowiczem tym razem Red Dragons Pniewy. Jeszcze w sobotę większość myślała, że Constarct będzie miał duże szanse w tym spotkaniu, to po niedzielnych męczarniach apetyty były dużo, dużo mniejsze. Choć niejeden myślał, że nadszedł czas na poznanie prawdziwej wartości tego zespołu.

No i zobaczył mecz, który długimi fragmentami w wykonaniu Constractu, był swoistą demonstracją, siły i możliwości, pokazem sportowej agresji determinacji, szybkości i siły. Złośliwi pewnie powiedzą, że Red Dragons odpuścili spotkanie, że nie byli wystarczająco zdeterminowani, że mecz się ułożył itd. Nawet jeśli mają rację, to nie ma znaczenia bo różnica szybkości, kreatywności, umiejętność zaskakiwania nie wynika z zaangażowania, to pokaz możliwości i doskonały przykład na to, że rozgrywki ligowe mają swoje prawa. Gdyby postawić tezę, że: nie ważne ile razy upadniesz ważne, a ile nauki wyciągniesz z każdego upadku to porażka w Kartuzach może okazać się kluczową w realizacji celów tego zespołu.

Wystawianie ocen indywidulnych po tym spotkaniu nie ma większego sensu, 100 % zespołu zaprezentowało swój najwyższy poziom udowadniając przede wszystkim sobie jak wiele potrafi każdy z tych chłopaków i jak fantastyczny zespół tworzą. Nagroda MVP powędrowała w ręce Bartka Piórkowskiego, ale równie dobrze mógł  otrzymać ją Paweł Kaniewski, Maciej Maśkiewicz , czy Sebastian Grubalski. Doskonałe zawody rozgrywał również Daniel Sass, a zabawa którą urządzili sobie do spółki  z Pawłem Ossowskim przy bramce na 7:2 mogła by być pokazywana jako futsalowa akcja marzeń. Nikt nie zwiódł nikt nie odstawał, każdy walczył i udowadniał sobie i kibicom w Lubawie, że nie warto rozpamiętywać gorszych momentów, liczy się tu i teraz.

Nie znaczy to jednak, że wszystko wróciło do normy i w Kartuzach nic się nie stało. Zawodnicy sami sobie pokazali, że potrafią wiele i w takich meczach jak ten feralny w Kartuzach trzeba pamiętać, że wszystko zależy od nas i naszego nastawienia. Wynik czasami trzeba ustalić przed meczem- w swojej głowie.