Ilość rozgrywanych w ostatnim czasie meczów w lubawian sprawia, że nasi kibice czują sią coraz bardziej związani z drużyną, mecze choć rozgrywane w różnych nietypowych i niespotykanych wcześniej porach dnia i tygodnia nie stanowią dla lubawskich fanów futsalu żadnego kłopotu. Wczoraj po raz kolejny wypełniliśmy naszą halę, z nadzieją że wrócimy do wygrywania przed własną publicznością.

Zadanie nie było jednak łatwe, gdyż mieliśmy do czynienia z jedną z najlepszych drużyn tego sezonu w I lidze. Mało tego Team Lębork to chyba jedna z najbardziej niewygodnych dla nas drużyn, albo inaczej rzecz ujmując drużyna grająca w beach soccera na hali. Rzadko spotykamy na futsalowych parkietach zespoły, które za podstawową drogę przemieszczania piłki po boisku wybierają, grę w powietrzu. Dalekie przerzuty, loby i strzały z powietrza to chleb powszedni wczorajszych rywali. Jak pokazuje historia naszych potyczek nie zawsze potrafiliśmy odnaleźć sposób na taki sposób gry.

Przedmeczowe pytanie numer 1 brzmiało jednak zupełnie inaczej. Kiedy zaczniemy strzelać bramki ?

Statystyki ostatnich spotkań prowadzą tylko do jednego współczynnika, stosunek bramek do kreowanych okazji. To największy mankament ostatnich tygodni, bez znaczenia jest czy gramy z liderem I ligi, czołowym zespołem Ekstraklasy, nie potrafimy zdobywać bramek.

Ten mecz niczego nie zmienił, a kto wie czy nie pogłębił naszych słabości. Przez 8o% czasu gry atakowaliśmy tworząc co najmniej 20 dogodnych okazji do zdobycia bramki problem jednak w tym, że po ponad półgodzinie regularnej gry nie zdołaliśmy choćby raz pokonać Dominika Czekirdy, który robił wszystko żeby po raz trzeci wyjechać  z Lubawy z statuetką MVP.

To, że niewykorzystane okazję się mszczą doskonale wiemy wszyscy, tym razem nie mogło być inaczej jeden jedyny błąd w kryciu wystarczył Dominikowi Depcie do wyprowadzenia gości z Lęborka na prowadzenie. Na 6 minut przed końcem, mieliśmy bardzo trudny orzech do zgryzienia. Szybka analiza i pytanie walczymy o punkty w tym spotkaniu i podejmujemy ryzyko wyższej porażki, czy bronimy minimalnej porażki, ale bądź co bądź zwycięstwa w bezpośrednich pojedynkach, które przy takiej samej liczbie punktów obu zespołów mogło być decydujące.

Sprawy ułożyły się nieco inaczej, na boisko weszli nieobecni na początku Paweł Ossowski i Mateusz Łożyński. Rywale po swojej bramce jakby poczuli wiatr w żagle podświadomie wychodząc do przodu, to otworzyło drogę dla Constractu, który miał minimalnie więcej miejsca. Jednak to goście jako pierwsi mogli zadać ostateczny cios. I choć trzeba jasno powiedzieć że mieliśmy w tym momencie dużo szczęścia był to najważniejszy moment spotkania. Dominik Depta zatrzymał piłkę zmierzającą do pustej bramki Pedro Rosario, a już w następnej akcji Paweł Ossowski zdołał wyrównać stan meczu.

Bramka odczarowana i można było zacząć walczyć o to co nam się w tym spotkaniu po prostu należało. Na 2 minuty przed końcem , piłka usiadła nareszcie na stopie Bartka Piórkowskiego i niemal nie rozerwała siatki w bramce strzeżonej przez Dominika Czekiredę. Ależ to były emocje, takiego wrzenia w hali OSiR chyba jeszcze nie było, w końcu można było odetchnąć z ulgą. W końcówce rywale wyszli piątką do ataku, jednak na niewiele się to zdało, a Paweł Ossowski w swoim zadziornym stylu wywalczył piłkę i skarcił rywala ustalając wynik na 3:1.

3 punkty trafiły na konto Constractu, a w tabeli znowu mamy 3 punkty więcej od KS Futsal Leszno, jednak rywale mają do rozegrania jeden mecz więcej i posiadają przewagę w bezpośrednich pojedynkach. Nie zmienia to faktu że muszą wygrać wszystkie mecze do końca, żeby być spokojni o awans. Ostatnia kolejka pokazała jednak, że futsal jest przewrotny i wszystko będzie toczyć się do ostatniego gwizdka sezonu.